Po moim artykule w sobotniej Rzeczpospolitej, w którym proponowałem zmianę strategii rozwoju Polski i odejście od wspierania firm zagranicznych za pomocą preferencji podatkowych na rzecz wspierania polskich firm skutecznie realizujących ekspansję międzynarodową, zadzwonił do mnie wysoki urzędnik publiczny. Powiedział: “Krzysztof, mylisz się, w Polsce firmy krajowe i zagraniczne mają takie same warunki rozwoju, zagraniczne nie mają żadnych szczególnych preferencji”.
Dyskutowaliśmy dłuższą chwilę i postanowiliśmy kontynuować za jakiś czas przy kawie. Ja podtrzymuję moje zdanie, nawet jeżeli formalnie nie ma różnic, to faktycznie kapitał zagraniczny jest preferowany, często traktowany jako lepszy. Wynika to chociażby z faktu, że ten kapitał ma wsparcie swoich rządów w ekspansji zagranicznej, a nasz rodzimy kapitał jest sekowany gdy taką ekspansję planuje, podawałem przykład KGHM, ale mogę podać jeszcze wiele podobnych. Mam zamiar napisać na ten temat większy tekst do jednego z tygodników, ale przedtem mam prośbę do czytelników bloga o wypowiedzenie się w tej sprawie i o podanie przykładów równego traktowania polskiego i zagranicznego kapitału, lub przykładów preferowania/sekowania jednego z nich.



Ma Pan rację jeśli idzie o główną tezę, dość zresztą zdroworozsądkową, a mianowicie, że po etapie adopotowania wysokich technologii w gospodarce, powinien przyjść etap rozwijania własnych techonologii, patentów i systemów organizacji przędsiębiorczości, ale tu w krótykim felietonie nie sposób omówić wszystkich zagadnień, trzeba wskazać te najbarzdziej istotne. Pan tego nie zrobił, mam wrażenie, więc zabrakło tam praktycznej konkluzji. W zarządzaniu złożonymi zjawiskami, w których jest wiele niewiadomych, czynnikiem najważniejszym jest informacja dot. jakości. Myślę, że o to powinien się Pna upominać przy każdej okazji. Publiczny regulator, którym jest w tym wypadku państwo, ale także służby społeczne pełniące zadania publiczne (urzędy patentowe itp.) muszą się stać znacznie barzdiej „inteligentne”, tzn. muszą gromadzić rzetelną wiedzę o rynku nowych technologii, w tym zwłaszcza o tchnologiach, które dopiero mogą wejść na rynek, a z użyciem których związane jest ryzyko, nierzadko większe od rynkowego. Przetawianie gospodarki na nowe tory jest zatem zadaniem zawsze ryzykownym, rząd w ogóle nie jest powołony do tego, żeby był w tej materii najwięszym ryzykanem, wręcz przeciwnie, powinien się dzieć tym ryzykiem z każdą firmą, która tego zechce, ale żeby to w ogóle było możliwe, rząd musi zadbać od rzetelną, dającą się zuniwersalizować informację o rynku.
Tu nie chodzi tylko o typowo gusowskie dane, zestawiające ilość wysokich technologii w sektorach gospodarki czy w eksporcie, ale także czysto biznesową wiedzę, rozpisaną na regiony i firmy, mówiącą o możliwościach i faltycznym stosowaniu tych technologi, a także o wiedzą naukową mówiącą o możliwościach rozwojowych ukrytych w sektorze badań podstawowych i w zupełnie innym sektorze aplikacji, rozwijanym we współpracy z firmami. Operowanie tego rodzaju wiedzą samo stanowi warotść dodaną, w jakimś zakresie jest to wiedza publiczna, a w jakimś taka, której należy strzeć. Polska, mam wrażenie, póki co tej wiedzy strzeże głównie w ten sposób, że jej nie posida, a dokładniej, że ją posiada tylko na barzdo ogólnym poziomie. Sektorowe raporty komercyjne oferowane przez korporacje w wielu wypadkach mogą tę wiedzę przewyższać, a to mogłoby oznaczać, że wiedza o realnych możliwościach rozwojowych Polski w jakieś części jest w tej chwili poza Polską.